O autorze
Współzałożyciel i członek zarządu Nowoczesnej oraz rzecznik prasowy partii, koordynator konsultacji społecznych i prac programowych Nowoczesnej oraz Sieci Eksperckiej „Lepsza Polska” . Wcześniej zarządzał m.in. ośrodkiem dialogu i analiz THINKTANK, który stworzył. Ekspert w zakresie

Trzynaście lat Polski w Unii Europejskiej. Jak PiS wyprowadza nas dziś z Europy.

Przygotowania do demonstracji w rocznicę Traktatów Rzymskich, 25 marca 2017 r.
Przygotowania do demonstracji w rocznicę Traktatów Rzymskich, 25 marca 2017 r. @Nowoczesna, Paweł Rabiej
1 maja 2004 r. Polska została członkiem Unii Europejskiej. Roznosił nas wtedy entuzjazm i poczucie „końca historii”. Ale czas pokazał, że historia dalej się toczy. Dziś rząd PiS – wbrew woli większości obywateli – po cichu wyprowadza Polskę w z Europy.

Pamiętacie państwo majówkę 2004? Premier Szydło zapewne nie pamięta, bo pytana o datę wstąpienia Polski do Unii Europejskiej nie mogła jej sobie przypomnieć. Najwyraźniej było to dla niej wydarzenie błahe z punktu widzenia polityki historycznej. Ale może powinniśmy być bardziej wyrozumiali. Majówka to z pewnością bardziej zajmujące wydarzenie niż polski powrót do Europy, a w nieistotnych datach tak łatwo się przecież pogubić.

Ja byłem wtedy w Budapeszcie. Stolica Węgier uroczyście fetowała wejście do zachodniego klubu. Nad mostami Łańcuchowym i Małgorzaty przelatywały bojowe węgierskie samoloty i śmigłowce, w piwniczkach i restauracjach podawano pörkölt, lało się czerwone wino i tokaj. Było co opijać. Zapomniana, uciskana przez komunistów Europa Środkowa wracała do świata Zachodu. Europa zaś odzyskiwała swoje drugie płuco. Jak w baśni Fukuyamy, prawdziwy „koniec historii”. Później miało być już tylko piękniej.

Nieoczekiwany obrót spraw
Ale dziś emocje są skrajnie inne. Zachodnia Europa, dotknięta kryzysem w 2008 r., zmęczona Grecją i ruchami odśrodkowymi zaczyna mówić, że na zjednoczeniu straciła. Owszem, historyczna okazja, dziejowa konieczność, nowe rynki zbytu, nowe szanse dla biznesu itp. Ale otwarcie rynku pracy dla Polaków i innych nacji naraziło rynki pracy i systemy opieki społecznej krajów zachodniej Europy na wstrząsy. Słyszeliśmy narzekanie na Polaków w Holandii, Wielkiej Brytanii i Francji. Dziś głosy, że otwarcie było zbyt wczesne i pochopne pojawiają się coraz częściej.

A nowi członkowie okazali się wcale nie tak fajni, jak się wydawało. Starsze kraje Unii dziwi, że tak szybko objawiły się niezdolność do przeprowadzania zmian, tchórzostwo elit politycznych, populizm. W jakiejś wirusowej, przetrwalnikowej formie musiało się przechować złe dziedzictwo mentalne komunizmu, które pęta dziś zdolność do rozwoju.

Polska i Węgry mają obecnie reputację krajów dziwacznych i stwarzających kłopoty, bardziej z kręgu wschodniego niż zachodniego. Rodzi to pytania, czy przekonanie o przynależności do zachodu Europy Środkowo – Wschodniej nie było czasem mitem? Czy w Polsce nie było zawsze więcej tęsknoty za zachodem niż tęsknoty do zachodnich instytucji; więcej europejskiej pozłoty niż jej treści? Czy nie wyłania się tu pas ziemi, która mentalnie nie przynależy ani do zachodu, ani wschodu, jakieś „problematyczne peryferia Europy”?

Są trzy scenariusze, które mogą sprawić, że Polska może znaleźć się realnie poza zachodnią Europą.

1. Unia pierwszego i drugiego sortu

Pierwsza to pomysł, by pogłębić integrację tylko w gronie najstarszych i najsilniejszych krajów wspólnoty, a odpuścić maruderów. Dziś mamy w Europie Brexit, Grecja jest trawiona długotrwałym kryzysem, fale imigrantów wyostrzyły różne problemy. Zmieniła się polityka USA, które wspierały zjednoczenie Europy, inna niż dekadę temu jest Turcja i Rosja.

W samej Unii nie brak głosów, że ten układ może się rozpaść. Częściowo, to jej instytucje stały się motorem dezintegracji. Ale elity zachodnich państw i ich obywatele mają świadomość, że Europa potrzebuje integracji i takiego jej modelu, który ułatwia współpracę, a nie utrudnia. Będą go poszukiwać.

Do czego to może prowadzić? Najpewniej do Europy różnych prędkości. Unii wewnętrznej, silniejszej, łączącej najstarsze jej państwa, kraje strefy euro - i tej „zewnętrznej”. Ci pierwsi szybko się dogadają, bo mają lepsze standardy i instytucje, i bardziej świadomych obywateli. Potrafią też – co pokazała Holandia i miejmy nadzieję zaraz pokaże Francja – przeciwstawiać się skutecznie populizmowi.

Reszta znajdzie się poza twardym jądrem Unii. Nikt nie będzie się przejmował malkontentami.

2. Skrycie antyeuropejska strategia rządu PiS
Drugi scenariusz to świadomie antyunijna polityka rządu PiS. Partia władzy deklaruje, że jest za Europą, ale wiemy dobrze co warte są jej deklaracje. „Głęboka strategia” tego rządu jest zdecydowanie antyeuropejska. I nie chodzi tylko o skrajnie nieodpowiedzialną i politycznie bezsensowną akcję blokowania Tuska.

PiS konsekwentnie wyprowadza Europę z Polski. Wyprowadza z Polski europejskie standardy praworządności, rozumienie wolności i wartości, zachodni standard działania instytucji. Zmiany w prokuraturze, sądach, zniszczenie Trybunału, ustawy inwigilacyjne – to marsz od instytucji obywatelskiego państwa w stronę folwarcznych, autorytarnych i jednopartyjnych reżimów. Zastępuje je pomysł na przaśny folwark, pomieszanie modelu władzy „dobrych dziedziców” z I sekretarzami PZPR. To potężny regres kultury demokratycznej.

Propaganda rządowa nie pozostawia tu złudzeń: codziennie słyszymy o Europie, która ma problemy, o zalewie imigrantów, o rozpadzie kontynentu, o rozwiązłości unijnych instytucji. Dokładnie tych samych argumentów używali skrajnie nieodpowiedzialni brytyjscy politycy przed Brexitem. Ten duszący krytycyzm wszystkiego, co europejskie przypomina szczucie na Zachód w PRL.

Czy stoi za nim szerszy plan? Zimno realizowana antyeuropejska strategia może mieć na celu ograniczenie do minimum wpływ instytucji Unii i unijnych regulacji na Polskę. Stworzenie tu, jak Orban czy Erdogan u siebie, kraju o standardach peryferyjnych, eksploatowanego przez jedną ekipę polityczną, sceptyczną wobec „zgniłego zachodu”.

3. Inercja niepewnego sojusznika
Trzeci scenariusz to inercja i niezdecydowanie, brak strategii i decyzji. Tradycja polityczna, której zawdzięczamy wiele błędów w przeszłości. Rząd PiS uprawia fanfaronadę, że „podniósł Polskę z kolan”, ale nie ma żadnego pomysłu na bicie się o miejsce Polski w Unii.

Będzie więc rozdarty pomiędzy tym, co dzieje się w Europie (o czym mało wie, a jak wie, to reaguje jak zwykle paranoicznie), a brakiem swojego pomysłu na europejską grę. Będzie trochę narzekał i judził na Unię i zwłaszcza na europejskie elity, bo to może dodać punktów w sondażach (zwłaszcza teraz, gdy spadają). W jednej sprawie coś zrobi, gdzieś będzie twardy, a gdzieś odpuści.

Obwiniać Brukselę – to ulubiona zabawa polityków w wielu krajach, którzy nie radzą sobie z problemami, uciekają od odpowiedzialności za niepopularne decyzje albo po prostu chcą żerować na lęku. A rasizm, ksenofobia, izolacjonizm i zaborczość to naturalne ludzkie tendencje. Będą się więc na tej glebie naturalnie rozwijać.

Brak strategii i nienazwane własne interesy spowodują jednak, że nic sensownego nie da się w UE ugrać. Zwłaszcza, że zgodnie z dawną tradycją, polityka zagraniczna jest traktowana jako część wewnętrznej, a rząd PiS nie docenia – to także stary historyczny błąd – znaczenia otoczenia zewnętrznego Polski.

Alternatywa – współodpowiedzialność za Europę
Każdy z tych scenariuszy jest dla Polski niekorzystny. Aby się nie zrealizowały, Polska powinna wziąć współodpowiedzialność za Europę. Oznacza to realną politykę współzarządzania Unią Europejską, a nie politykę jej świadomego kwestionowania i osłabiania.

Owszem, Unia Europejska zmienia się i wymaga zmian. Jest za duża, by upaść, ale nie za bardzo wiadomo, co z nią zrobić. Zbyt silny nacisk kładzie np. na państwa, zbyt mały na innych aktorów – miasta, kulturę, biznes. Pokazała jednak swoją globalną skuteczność jako narzędzie wspólnej gry państw europejskich w sprawach gospodarczych, politycznych i bezpieczeństwa.

W Wielkiej Brytanii zwyciężyło postprawda i myślenie sentymentalne – Unia podobno już nie działa, więc zabieramy swoje zabawki. PiS najwyraźniej też ma takie ciągoty. Ale zamiast żyć mitami, warto popatrzeć na mapę. Polska nie jest Wielką Brytanią – wyspą pomiędzy Europą a USA, piątą gospodarką świata. Leży na peryferiach Europy, obok Rosji. Nasze pole wyboru jest bardzo ograniczone.

Jarosław Kaczyński myśli zerojedynkowo: słabsza Europa to mocniejsza Polska. Ale słabsza Europa to słabsza Polska, i tylko tyle. I w druga stronę też. Koncepcja „polskiego suwerennego księstwa” budowanego w oderwaniu od Europy i warunków geopolitycznych może i jest romantyczna, ale jest też całkowicie nieprawdopodobna i skrajnie szkodliwa.

Polska musi sobie odpowiedzieć, gdzie chce być. Poluzowanie więzów z UE może prowadzić do nieszczęścia. Znacznie osłabi bezpieczeństwo energetyczne, obronne i gospodarcze. Tej strategicznej pustki nie da się zapełnić gadaniną.

Dwudziesta rocznica będzie lepsza
Ponad 80 proc. Polaków jest zadowolonych z obecności Polski w Unii Europejskiej, i przynajmniej to powstrzymuje PiS przed drastycznymi krokami. Ale żarna rządowej propagandy mielą cierpliwie, i powiększają eurosceptycyzm.

Jeszcze dekadę temu scenariusz wyjścia Polski z Europy był nie do pomyślenia. Ale nie do pomyślenia było też ograniczanie wolności, psucie konstytucji, wspieranie nacjonalizmu i profaszystowskich organizacji, odbudowywanie opresyjnego państwa i wszechwładnych tajnych służb, które pamiętamy z PRL.

PiS robi rzeczy nienormalne, nieprzyzwoite i szkodliwe. Część Polaków toleruje to, bo uważa, że zakres osobistej wolności nie jest zbyt ważny. To też dziedzictwo naszej historii – folwarku i pańszczyzny, czapkowania przed „panami”, pokory wobec władzy, kolaboracji z władzą w czasach PRL. Niektórzy wierzą, że ważniejsze od wolności jest bezpieczeństwo – i ten antyeuropejski, twardy wobec obywateli kurs może je Polakom zapewnić.

Ale nie wolno zgadzać się na zalegalizowanie tej „normalizacji”. Sytuacja jest nienormalna. I każdy, kto wie, jakie znaczenie ma Europa dla bezpieczeństwa i dobrobytu Polski, dla sfery naszych osobistych wolności, powinien to głośno mówić. Demony już zostały spuszczone ze smyczy – i mogą pożreć pokój, wolność i dobrostan, bo taki jest ich żywioł. Ciemność się skrada, choć jeszcze nie atakuje. Jeszcze możemy ją zatrzymać.

Poczucie, że możemy pozbyć się osobistej wolności i zyskać w zamian bezpieczeństwo jej złudne. Odcinając się od zachodnich wartości i praw człowieka, kwestionując Europę, wyłączając się z niej, rezygnując z możliwości nadania kształtu Unii Europejskiej – robimy sobie jako Państwo szkodę. Zostaniemy i bez wolności, i bez bezpieczeństwa.

Ta rocznica obecności Polski w EU jest wyjątkowo smutna – i to raczej nie dlatego, że trzynasta. Jak wtedy w Budapeszcie, tak dziś wznoszę jednak toast za silną Polskę w silnej Unii na Placu Grzybowskim w Warszawie, chyba najbardziej warszawskim ze stołecznych placów. Widok na Pałac Kultury, kościół, synagogę, blokowiska, nowoczesne apartamentowce i biurowce to widok na miasto przeszłości i teraźniejszości w pigułce, zmienione również dzięki obecności w Unii.

Wznoszę go, bo życzę dobrze tej więzi, która zaczęła się trzynaście lat temu. Chciałbym, aby była głęboka i trwała. I mam dziwną pewność, że jej dwudziesta rocznica będzie o niebo lepsza niż dzisiejsza. Strachy i inne potwory naprawdę da się pokonać i wygnać. I w Europie, i w Polsce.

Zacznijmy od zaraz. Od udziału w Marszu Wolności w Warszawie, już 6 maja.
Trwa ładowanie komentarzy...