W Janowie Podlaskim zaklinanie koni nie pomoże. Musi powrócić profesjonalizm.

Pokaz koni w Janowie Podlaskim, 14 sierpnia 2017
Pokaz koni w Janowie Podlaskim, 14 sierpnia 2017 @ALG
Premier Beata Szydło chce wyjaśnień od ministra rolnictwa dlaczego aukcja koni „Pride of Poland” w Janowie Podlaskim poszła tak słabo. Pani Premier, nie ma co zaklinać koni, ministra i rzeczywistości. Zamieniacie polskie instytucje w stajnie Augiasza. Trzeba wrócić do profesjonalizmu, by je oczyścić.

Byłem kilka dni temu w Janowie Podlaskim podczas weekendowej aukcji „Pride of Poland” i towarzyszących jej otwartych pokazów. Pamiętam jeszcze z lat 90., gdy zajmowałem się promocją Polski w świecie i wydawałem magazyn „Kaleidoscope” dla PLL LOT, jak dużą renomą cieszyła się ta stadnina.

Legendarne konie z Janowa podziwiał – i kupował – cały świat. Hodowane jeszcze przed II wojną światową klacze i ogiery przetrwały wojenną zawieruchę m.in. dzięki takim ludziom jak legendarny przedwojenny dyrektor stadniny Andrzej Krzyształowicz. Po wojnie udało się odbudować i utrzymywać stadninę, mimo że ideologicznie musiała być ona obca duchowi PRL.

Miotła „złej zmiany”
Imiona koni z Janowa i ich rodowody znał cały fascynujący się hodowlą i wyścigami koni świat, a za ich potomstwo płacono miliony dolarów. Także po 1989 r. stadninie udało się uniknąć prywatyzacyjnych pokus i przetrwać różne zawieruchy. Aż przyszedł PiS. Gdy do Janowa Podlaskiego zajrzała miotła „złej zmiany”, minister rolnictwa i rząd PiS uspokajali, że przecież nic takiego się nie dzieje. Ot, zwykłe zmiany kadrowe, profesjonalistów zastępują inni profesjonaliści.

Gdy doświadczonego szefa stadniny Marka Trelę zastąpił na początku 2016 r. partyjny nominat z PiS, nawet prawicowa prasa pisała, że może skończyć się to śmiesznie i strasznie. Środowisko hodowców jest nieduże i dobrze się zna. To dziedzina niszowa i wymagająca znajomości rzeczy. Przywiezienie w teczce partyjnego nominata o „słusznych” poglądach tego nie zastąpi. Zwłaszcza, gdy nominat sam zaraz przyznaje się do tego, że jest ignorantem.

Katastrofalna aukcja
Złe zarządzanie i niewłaściwi ludzie mogą popsuć coś, na co pokolenia doświadczonych osób pracowały od lat. To dlatego na tegorocznej aukcji „Pride of Poland” sprzedano tylko sześć koni za łączną kwotę 410 tys. euro. To najsłabszy wynik od kiedy licytuje się w Janowie w euro. Od 2003 r. aukcja zawsze przynosiła prawie dwa razy wyższy zysk.

W ciągu ostatnich 14 imprez, polskie stadniny zarabiały za konie nie mniej niż 770 tys. euro. W 2016 roku - 1,2 mln euro, rok wcześniej - 4 mln euro. W 2014 r. - 2 mln euro. Najwyższą cenę – 150 tys. euro – osiągnęła klacz Prunella. Bywały lata, gdy najlepsze konie sprzedawano za prawie 10 razy więcej. Ocena jest dość jednoznaczna – to katastrofa. Nie dziwi w tej sytuacji, że byli szefowie stadniny w Janowie i Michałowie postanowili na początku września zorganizować własną aukcję – Krakowską Aukcję Koni Arabskich. Szkoda, by ich doświadczenie i relacje z hodowcami szły na marne.

Winni wszyscy, tylko nie my
Pani Premier wezwała na dywanik ministra, minister wezwie zapewne szefa stadniny (gdy obudzi się z letniego letargu), ale nie zmieni to oczywistej oczywistości. Profesjonalizm ma znaczenie. Usłyszymy jednak co innego: że totalna opozycja tylko krytykuje, koniunktura na konie na świecie jest zła, a konkurencja bardzo duża – bo wszyscy z nami rywalizują i robią nam na złość. Obwinianie innych i robienie z Polski ofiary to ulubiona strategia rządu PiS, gdy tłumaczy swoje błędy. Zresztą PiS niewiele się w tym różni od PO.

Może się też okazać, że to wina strefy euro, bo konie są przecież licytowane w euro. Albo, ze klienci nie dojrzeli do „dobrej zmiany” i to wszystko wina głupich kupujących – typowe wyjaśnienia każdej niekompetentnej i nie szanującej swoich klientów instytucji. Lub, że to jakiś spisek, za którym stoją np. Arabowie albo inni emigranci – w końcu te konie są arabskie, więc podejrzane z definicji.

Musi powrócić profesjonalizm
Próba zarządzania przez ludzi, którzy nie mają pojęcia o zarządzaniu kończą się najczęściej tak samo. W stadninie w Janowie, w PZU, w spółkach energetycznych, w miastach, w instytucjach. Klapą i kompromitacją, również także finansową. To tylko kwestia czasu. Akurat „w koniach” wyszło najszybciej.

Złe autorskie pomysły nowej ekipy będą jednak naprawiane latami, bo reputację trudno się buduje, a bardzo łatwo niszczy. Większość branż i instytucje opiera swoje udane działanie przede wszystkim na ludziach, ich profesjonalizmie i doświadczeniu. Nie wyobrażamy sobie, żeby pożary gasili motorniczy tramwajów czy piekarze, a nie strażacy. Trudno sobie wyobrazić, żeby samolot pilotował chirurg, nawet najbardziej kompetentny. Albo operację serca przeprowadzał ze znajomością rzeczy kucharz.

W branży tak wąskiej i wrażliwej jak hodowla koni, wymagającej lat doświadczeń i umiejętności budowania relacji, doświadczenie i kompetencja mają szczególne znaczenie. „Hodowla koni to nie jest zwykły biznes. Nie można jej uprawiać, jeśli się nie kocha koni. Ale sama miłość też nie wystarczy – pisała wPolityce.pl Anna Sarzyńska. - Tu jest potrzebna ogromna wiedza, doświadczenie, ale też, jak wszędzie, trochę szczęścia i intuicji. Dobry hodowca zna na pamięć dziesiątki rodowodów, swoich i nie tylko swoich, koni. Wie, w którym pokoleniu jakich cech można po nich oczekiwać. Których linii krzyżować nie należy. Ma znajomości wśród innych reprezentantów branży. Jakąś wizję – do której dąży. Nie daje sobie wciskać kitu. Nie korzysta z okazyjnych, ale wątpliwych i niepotwierdzonych - reproduktorów. Nie sprzedaje najcenniejszych klaczy, by poprawić ekonomiczne słupki”. Trudno o lepsze nakreślenie problemu.

Stajnie coraz bardziej zanieczyszczone
Stadnina w Janowie to nie tylko instytucja w świecie hodowli koni, ale również kluczowe miejsce pracy, wizytówka i magnes dla całej okolicy. Reputacja stadniny przekład się bezpośrednio na jakość lokalnego życia. Nie dziwi więc, że niepowodzenia stadniny niepokoją mieszkańców.

Pani Premier zasłynęła z frazy „Przez osiem ostatnich lat rząd PO ignorował potrzeby Polaków”. Ale w zaledwie dwa lata rząd Beaty Szydło zamienił większość polskich instytucji w stajnie Augiasza, zapełniając instytucje i spółki ludźmi niekompetentnymi i aroganckimi.

Oczywiście, część z nich będzie się na swoich błędach, za nasze pieniądze, uczyć profesjonalizmu z którym nie miało wcześniej do czynienia. Ale w większości branż nie da się tego zrobić w kilka lat. Ruina tych instytucji może być nieodwracalna.

Miała być „dobra zmiana”, a wychodzi Kononowicz – „żeby nie było niczego”. Trzeba więc wrócić do szacunku dla doświadczenia, profesjonalizmu i wiedzy. Bez nich, na czystym zapale i politycznej poprawności, nie da się budować żadnej instytucji. Reguły zarządzania są obiektywne, dobrze znane i dobrze opisane od kilkudziesięciu lat.

To zresztą swoisty sprawdzian zarządzania dla Pani Premier. Albo sobie z ministrem rolnictwa tylko pogada, albo coś zrobi. Naprawa sytuacji w Janowie Podlaskim może być dobrym punktem wyjścia do poważniejszych zmian. Przede wszystkim w resortach, których szefowie winni są skandali znacznie większych niż nieudana aukcja w Janowie – w ministerstwie obrony i spraw wewnętrznych i administracji. No, ale w to, że Pani Premier ma jakikolwiek wpływ na ministrów tych resortów akurat słusznie nikt nie wierzy.
Trwa ładowanie komentarzy...